ulica Kochi

ulica Kochi

Indie są fascynujące pod wieloma względami. Jednym z nich jest to, jak różnią się, w stosunku do Europy, jeśli chodzi o podejście do estetyki, do otoczenia – o ich intensywność, która potrafi atakować wszystkie zmysły. Standardy indyjskie nie przystają do standardów europejskich, są tak różne, że trudno je nawet porównywać. Indyjskie sklepiki wyglądają tak, jakby ktoś wyniósł z nich połowę towaru i zostawił wodę, chipsy i różnego rodzaju ciasta oraz ciasteczka. Przy tym ograniczonym asortymencie nadal ma się jednak wrażenie natłoku – można tu kupić wszystko, jeśli tylko wie się gdzie szukać.
Przestrzeń, która nieustannie żyje i pulsuje pełna jest kontrastów. Nowe, bogate wille sąsiadują tu z ruinami i nędzą. Nikomu to nie wadzi, nikogo to nie dziwi. Widoki, które dla nas są sygnałem do ewakuacji, znakiem biedy, niebezpieczeństwa, zagrożenia, tutaj stanowią powszechnie akceptowaną codzienność. Zapewne z tego powodu, tak wielu ludzi z zachodu czuje się w Indiach nieswojo. Nauczeni odmiennie oceniać rzeczywistość, odczytujemy sygnały wysyłane przez otoczenie i reagujemy podwyższonym stanem gotowości, niepewnością i dyskomfortem.

IMG_0119 (2)

IMG_0120 (2)

Tym, dość skrajnym obrazom po cichu, w tle, a czasami całkiem jawnie i nachalnie, towarzyszą reklamy, które z indyjską rzeczywistością mają bardzo niewiele wspólnego. Olbrzymie billboardy, które komunikują o bogactwie i prestiżu świata zachodu, który jest tuż za rogiem, na wyciągnięcie ręki. Dostępny dla każdego, kto kupi butelkę induskiego wina czy wymarzone buty. Zaskakująco silny mit, stworzony przez wieki kolonializmu pozostaje nadal w mocy. Świat zachodu jest mitem, który potrafi bardzo wiele sprzedać. Jednocześnie jego estetyka jest opozycją codziennego doświadczenia przeciętnego Indusa.

P1060200 (2)

P1060201 (2)

Temat ten, nadal ważki w kulturze indyjskiej podejmuje w swojej powieści „Bóg rzeczy małych” Arundhati Roy, komentując jak Zachód i to, co go reprezentuje, jest jednocześnie dla Indusów pokusą nie do odparcia i wstydliwym problemem.

Każdy, kto podróżuje po Indiach z dzieckiem, szybko się przekona, jak silna nadal jest pokusa, by zawłaszczyć chociaż na chwilę wartości, które zostały tu zaszczepione jako pożądane. Jak pociągająca jest dla Indusów możliwość dotknięcia, pogłaskania, zrobienia sobie zdjęcia z przystępnym i dostępnym reprezentantem tej pożądanej rzeczywistości. Z semiotycznego punktu widzenia, taki mały człowiek stanowi rozwiązanie dylematu kulturowego. Z jednej strony przynależy do świata autorytetu, odległego i niedostępnego, z drugiej strony jego dziecięcy, niepoważny i naiwny charakter pozwala zneutralizować dystans. Ta sama zasada, którą aplikuje się mówiąc o markach – czy jesteś kumplem czy autorytetem – tutaj również ma zastosowanie. Marka autorytet, wykorzystuje język poważny, wiarygodny ale dystansuje się od swoich użytkowników. Daje prestiż ale nie daje bliskości. Marka- kumpel, jest bliska, swojska, pozwala łatwo zbudować relację, bo mówi naszym językiem. Białe dziecko jest przykładem na to, w jaki sposób wartości, które są aspiracyjne i budują dystans, wcielone w naiwny język i swoistą bezbronność, rozwiązują wielu ludziom problem.

P1050331 (2)

Jeśli zatem podróżujecie z dzieckiem do Indii, przygotujcie się na niezliczone prośby o zgodę na zdjęcie, próby wzięcia na kolana, podszczypywanie a w skrajnych wypadkach próby przytulania, przechwytywania, i nauczcie je mówić „no touching, please”, bo pokusa, jest nadal ogromna.

Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on Google+